Bieg

Rozpoczynam ostro, choć w planach miałem pierwszy kilomter w wolniejszym tempie. 1km - 4:21, troszkę mnie to martwi, więc zwalniam, to chyba błąd, bo już na 2 km mam 9 minut, to chyba niemożliwe... Później okazuje się, że biegnąc tym samym tempem, moje km dziwnie są krótkie, bądź strasznie długie.

Postanawiam nie zwracać na to uwagi i biegnę swoim tempem, mam tylko nadzieję, że jest to około 4:30. W planach miałem 1:33 - 1:35, czułem że nie stać mnie na bicie życiowki (1:32:05), nie tylko ze względu na upał.

Na 10 km miałem 45 minut, wiec grubo ponad moje pierwsze zalożenia, cały plan wziął w łeb. Do 15 km bylo ciężko, nagle widziałem gorki, tam gdzie na pierwszej pętli było płasko, puls niemiłosiernie mi wzrósł i właściwie od tego momentu nie zszedłem poniżej 180 uderzeń.

Gdzieś po 13 km był dość mocny podbieg - to chyba najtrudniejszy moment - jak ktoś przesadzi, to później się to może zemścić na całym biegu.

Gdy wbiegłem na ostatnie metry górki, to tylko myślałem o piciu, które miało być już za rogiem. I rzeczywiście, było i to całe 5 litrów, takich kubków dawno juz nie widziałem, ale w tym momencie nie to było najważniejsze - właściwie zastanawiam się jak to zarejestrowałem, bo i tak przecież w końcu się napiłem i pobiegłem dalej.

Po 15 km widziałem, ze mam jeszcze szanse na 1:37-1:39. Słońce piekło, choć wydawało mi się, że tylko mnie, ponieważ wielu biegaczy własnie zaczęło mnie mijać. Chyba gdzieś tam minąłem grupkę najwierniejszych kibiców - rodziny i znajomych, ale z bólem muszę przyznać, że nie miałem siły nawet udawać, że jest zabawnie.

Wytrzymałem do 17 km i gdzieś w okolicach Alei Fontann postawiłem wszystko na jedną kartę, puls już nie miał znaczenia (ok. 186), zostało pewnie z 4 km i biegłem swoim tempem, co graniczylo z myślą o zatrzymaniu się. Wytrzymałem tak do 19 km, tam mnie ktoś wyprzedził i to mnie chyba dobiło, spojrzałem na zegarek - 1:29, więc jeszcze mam szansę złamać 1:40, moje plany zweryfikowałem bardzo szybko, czułem tylko żal, że daję z siebie wszystko, a czas i tak poniżej oczekiwań.

20 km mijam w czasie 1:32!!!, To chyba niemożliwe!!! Już widzę balon z metą, przyspieszam i widzę, że zostało parę sekund by złamać 1:35, niestety jest już za późno i choć sprintuję mam 1:35:05, jestem szczęśliwy, chyba pobiłem rekord świata na 2 km, a przynajmniej tak mi się wydaje :-). Jestem zadowolony, ale z drugiej strony zły na znaki z ostatnimi kilometrami, może gdybym wiedział, że mam szanse na tak dobry wynik, to bym dał z siebie więcej... Ale to już przemyślenia po biegu... Mądry Polak po szkodzie...:)